Wyklepywacz monet cz.I

Bóg nie potrzebuje kogokolwiek, aby ostrzegać tych, którym zapowiedział karę. Może On w ogóle nie dawać żadnej szansy, ale dał ostatnią, a nawet poostatnią. Ostrzega zanim przyjdzie pokusa i ostrzega gdy już dojdzie do grzechu, bo jest deszcz łaski wczesny i późny. Ale ten deszcz nie spada jednak gdy, jak to mówi Jeremiasz w 5 rozdziale: Prorocy przepowiadają kłamliwie, kapłani nauczają na własną rękę, a lud mój to lubi. Osobiście Jeremiasz wiedział mniej niż mu to pokazał Duch Święty. Zapewne też nie zdawał sobie sprawy, że te proroctwa wielokrotnie, w przyszłych wiekach będą się sprawdzać, z coraz dokładniejszym i dramatyczniejszym uaktualnieniem. Duch proroctwa zawsze przewyższa osobistą wiedzę proroka, a spełnienie ich nie wyczerpuje się w jednym wydarzeniu, czasowo ograniczonym w jednej dacie. Może nawet Jeremiasz doznawał olśnienia co do mroków duchowych, podłości ludzi, o których prorokował, nie dlatego, bo Bóg chciał ich jeszcze ostrzec, ale dlatego żeby Jeremiasz miał długo oczekiwaną ulgę co do Sprawiedliwości Bożej, zanim ona zmiecie z powierzchni ziemi niegodziwych. Bo dusza sprawiedliwego proroka uginała się pod ciężarem nieprawości. Dopóki nie ujawni się w rzeczywistości sprawiedliwość, prorok cierpi jak matka, która nie może urodzić i krzyczy by sobie pomóc w porodzie. Dawno temu Pliniusz pisał o takim legendarnym orlim kamieniu, o nazwie aetyt, kamieniu który trzeba było znaleźć w gnieździe orła i przyłożyć do uda rodzącej matki, mającej trudność z rozwiązaniem. Wierzono w starożytności, iż taki kamień przyspiesza poród i zapewnia ulgę. Aetyt, jak wierzono, był kamieniem z wydrążonym w środku łonem, w którym znajdował się mniejszy kamień. Przyłożenie kamiennego łona sprawiać miało otworzenie się ludzkiego. Czy kamienny ciężar objawienia proroczego może przynieść ulgę ludzkości, w której ma się urodzić nowa jakość duchowa, zbliżająca do Boga? Prorok jest jak aetyt. Sam z trudnością męczy się, nie może doznać ulgi dla siebie, ale pomaga tym, którzy pragną nowego życia w Duchu Świętym w swych wnętrzach. Jego udręka, którą można chyba jedynie przyrównać do rodzenia kamienia przez kamienne łono, dotyka czule dusze wrażliwe na głos Boga i powoduje rozwiązanie w ich wnętrzach. A jak trudno urodzić w sobie nadzieję na nowe życie w świecie, w którym nawet biologiczne potomstwo jest zagrożone w aborcji albo w seksedukacji? Na jaki świat dusze ludzkie przychodzą dzisiaj? Na świat nieludzki, albo postludzki. Mamy wrażenie, że ani sprawiedliwość, ani miłosierdzie już nie ogarniają okrucieństwa i nieprawości ludzi. Miliony jednak dzieci w ogóle nie przychodzi na ten świat, zostaje zgilotynowana w łonie matek abortujących swoje potomstwo. I prawie jedna trzecia dzieci przeżywa aborcję i umiera jak na torturach. Przyglądając się tej fali niegodziwości, jaka wstrząsa światem dzisiaj, możemy doznawać pokusy bezcelowości zachowywania wierności wobec prawa Bożego. Widząc panoszące się bezprawie, tą bezprawną ubojnię populacji, można już zaprzestać wyglądać wybawienia.. Ileż Bóg może czekać na ludzi, by wreszcie nie nazywali morderstwo regulacją porodu? Czyż On, Wszechmogący nie mówi: oszukiwali tak często Mnie i Mój lud i w swoje oszustwa wierzyli, że były moimi prawdami; głosili takie miłosierdzie, które mnie znieważało; wmawiali mi słowa, których bym nigdy nie powiedział; głosili amnestie, których nie ogłosiłem; pomnażali wypaczenia, bagatelizowali przestępstwa, a osądzali potknięcia; szukali pokoju z tymi, którzy byli moimi wrogami; uśmiechali się do tych, którzy Mi pluli w twarz; przyjaźnili się z moimi bluźniercami.. Doprawdy, można się wczytywać w 6 rozdział Księgi Jeremiasza z takim oporem jaki trwoży ciężarną matkę, która wchodzi do gabinetu ginekologa. Całość rozdziału szóstego jest dość złowieszcza. Wyczuwa się bezsilność mocy, nieustannie ponawianych usiłowań Boga, pragnącego nawrócić Judejczyków dla ich własnego dobra. Niestety, wszystkie Jego próby zostały zlekceważone, zignorowane, zniweczone. Pozostał Mu jeden, jedyny Jeremiasz, wiernie wsłuchany w zwierzenia Boga. W 27 wierszu 6 rozdziału, w Biblii Tysiąclecia czytamy takie słowa: Ustanowiłem ciebie jako badającego Mój naród, byś poznał i sprawdził jego postępowanie. Ten sam wiersz w Biblii Gdańskiej został inaczej przetłumaczony: Dałem cię za basztę i za wieżę w ludu moim, abyś upatrywał i doświadczał drogi ich. Dając się pociągnąć obrazowości tego tłumaczenia widzimy proroka zbudowanego jak kamienną wieżę warowną. Bóg dał poznać Jeremiaszowi nadchodzącą karę na Jerozolimę, by Jeremiasz miał odwagę nie ulec atakom, jakie znosił ze strony mieszkańców Jerozolimy, dworu królewskiego, hierarchii i samego króla. Stanął przed nimi jak kamienna wieża warowna, a z drugiej strony jego proroctwa były próbą dla Jerozolimy, próbą doprowadzenia do odrodzenia duchownego, albo jak uderzenia wyklepywacza monet w starożytnej mennicy, jak to ekspresyjnie czytamy w Biblii pierwszego Kościoła. Bóg wzniósł go jak wieżę, widoczną dla wszystkich, zaatakowaną przez wielu i będącą schronieniem dla nielicznych. Tak właśnie jest, że wszyscy mogą zobaczyć Boże Objawienie, większość Je próbuje zniszczyć, ale tylko niektórzy, nieliczni wykorzystują Je dla zbawienia. Czy nie dlatego Jezus wskazywał na tych, na których zwaliła się wieża w Siloam, jako ostrzeżenie by nie pokładać nadziei na ocalenie w nikim i w niczym innym oprócz Niego? Gdy On się pojawił już żadna obrona nie oprze się zagładzie, oprócz nawrócenia do Chrystusa, jak to czytamy w Ewangelii Łukasza w 13 rozdziale. On był ukryty jak w warowni Dawida, w łonie matki swojej, od początku. I tych, których chce zbawić, pragnie ukryć też pod Jej sercem. On wziął od Niej podobieństwo ciała, a Ona od Niego upodobnienie w Duchu Świętym. Do Jej wstawiennictwa uciekamy, niczym biegnący oblężeni, do wieży obronnej. Nazywamy Ją basztą, Turris Davidica, Wieża Dawidowa.. Owa historyczna wieża, czy też cytadela Dawida, znajdowała się w południowo-wschodniej części miasta, tam gdzie była świątynia Salomona. Jeśli Dawid jest figurą Chrystusa, to wieżą w tym obrazie jest Jego Matka. Bo Ona ukrywała Go w pierwszych chwilach ziemskiego życia, zanim Go urodziła. Ona chroni nas w pierwszych chwilach życia, dla Nieba, zanim Bóg nas tam przyjmie odrodzonych. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie będę jak Nestoriusz, który był zgorszony tym, że Słowo Boga karmiło się mlekiem Matki. Przeżywamy aktualnie etap historii Zbawienia, kiedy to nade wszystko na Nią właśnie skierowany jest atak, już nie ateistów ale pozornych chrześcijan próbujących Ją wykluczyć z Kościoła, jako persona non grata. I to jest zaskakujące. Kiedy bowiem chcąc wyprosić z apartamentu cywilizacji ojcostwo, szerzą skrajny feminizm, jednocześnie wyklucza się Matkę Syna Bożego, jakby Jej czysta kobiecość była czymś uwłaczającym, na przykład dla femidyktatury grupy Socorro Rosa Tucuman. Skoro przed katedrą w Buenos Aires, właśnie w Buenos Aires, członkinie zorganizowały inscenizację aborcji kobiety ucharakteryzowanej na Matkę Boską, w dniu kobiet 2 lata temu. Dobrze wiedzieć czego demon się boi. Schronienia w Maryi. Cóż bowiem za bezpieczniejsze miejsce na świecie, jeśli nie azyl, w którym sam Syn Boży mógł się chronić, zanim się objawił po raz pierwszy. Kto się w Niej schroni ocaleje, a kto z Nią walczy straci szansę na zbawienie.. Mówię sobie, pamiętaj! Zamazywanie obecności Matki Bożej w głoszeniu Ewangelii, sprawia jednak że ojcostwo Boga także staje się niedostępne dla wierzących. Czytam więc także o tej wieży, w Pieśni nad pieśniami, we fragmencie opisującym atrybuty duchowe Oblubienicy. Zapisane jak najbardziej symbolicznie. Dostrzegając za parawanami słów, treść skrytą, a jednocześnie urzekającą. Szyja twoja jak wieża Dawida, warownie zbudowana; tysiąc tarcz na niej zawieszono, wszystką broń walecznych. Pieśń nad pieśniami, 4 rozdział, 4 wiersz. Czyż to nie jest wizerunek Maryi, a także Kościoła, a nawet duszy naśladującej Chrystusa i proroków? Obraz wieży obronnej nasuwa zwykle skojarzenie niezdobytego azylu bezpieczeństwa. Jeszcze wieża obleczona tarczami, to wieża zwycięska, a czymś takim jest cnota wiary, dzięki której jesteśmy bezpieczni w jedności z Chrystusem. Autorowi szyja oblubienicy skojarzyła się z wieżą obronną, dość zaskakująco jak na opis zachwycającego piękna, ale w sensie głębokim porównanie jest jak najbardziej trafne. Ponieważ jak ciało łączy się z głową poprzez szyję, tak wiara łączy Kościół z Chrystusem przez obecność Matki Jezusa. Wieża Dawida była uzbrojona w oręż wojenny, zwłaszcza znajdowały się w niej tarcze. Początkowo za czasów Salomona miały być złote, potem brązowe. Żołnierze byli zaopatrywani w nie właśnie z tej wieży, a to kojarzy się z wiarą ponieważ wiara jest naszą tarczą, jak mówi list do Efezjan w 6 rozdziale, w 16 wierszu. Ci, którym brakuje ufności do Boga, muszą pobrać ją z magazynów wiary, z zasobów Kościoła, z arsenału łaski, która przychodzi gdy sięgamy do bogactw mądrości ukrytych w Objawieniu, w Tradycji, ale nade wszystko, by zachować bliskość z Chrystusem potrzeba pobierać tarczę wiary z wieży, pobierać wzmocnienie z tego wnętrza, które najpierw uświęcił Chrystus, spod samego serca Matki.. Bywało w zwyczaju starożytnych, jak i średniowiecznych władców, że zawieszali oni trofea wojenne oraz tarcze bohaterów na wieży, by wysławić zwycięstwa i dodawać odwagi następnym pokoleniom. Żeby umocnić się w wierze i nie załamać się, ani nie zwątpić, trzeba ciągle patrzeć na czyny bohaterów z przeszłości, czyli świętych i błogosławionych, stygmatyków, proroków. Kiedy odwołujesz się do ich mądrości, czynów, cudów, rozeznania, nabywasz tarczę, zaczynasz się bronić, a nie tylko przyjmować ciosy nikczemnych. Tak właśnie wskazuje nam Autor listu do Hebrajczyków w rozdziale 11, mówiąc: Nie wystarczyłoby bowiem czasu na opowiadanie o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie, Samuelu i o prorokach, którzy przez wiarę pokonali królestwa, dokonali czynów sprawiedliwych, otrzymali obietnicę, zamknęli paszcze lwom, przygasili żar ognia, uniknęli ostrza miecza i wyleczyli się z niemocy, stali się bohaterami w wojnie i do ucieczki zmusili nieprzyjacielskie szyki. Jedni ponieśli katusze, nie przyjąwszy uwolnienia, aby otrzymać lepsze zmartwychwstanie. Inni zaś doznali zelżywości i biczowania, a nadto kajdan i więzienia. Kamienowano ich, przerzynano piłą, przebijano mieczem; tułali się w skórach owczych, kozich, w nędzy, w utrapieniu, w ucisku - świat nie był ich wart - i błąkali się po pustyniach i górach, po jaskiniach i rozpadlinach ziemi. Nieustannie ocierali się o śmierć, dlatego nie lekceważyli znaczenia życia. Ciągle trapiło ich zwątpienie. Dlatego wiara była przezwyciężeniem ich rozpaczy. Ludzie bowiem nie biorą pod uwagę naprawdę nieomijalności śmierci i dlatego żyją marnotrawiąc to życie. Biskup Jakub Benignus Bossuet, w kazaniu o śmierci jakie wygłosił w Luwrze w roku 1662, trafnie zauważył: Jest to dziwna słabość umysłu ludzkiego, że nigdy śmierć nie jest mu obecna, jakkolwiek rzuca się w oczy ze wszech stron i w tysiącznych kształtach. (…) śmiertelnicy zakopują myśli o śmierci z niemniejszą troskliwością, z jaką grzebią samych umarłych (…)O, śmiertelnicy, przyjdźcie wpatrywać się w widowisko rzeczy śmiertelnych! (…) O śmierci, my ci dzięki składamy za światło, jakie rozlewasz na naszą nieświadomość. Ty jedna nas przekonywasz o naszej niskości, ty jedna dajesz nam poznać naszą godność. Walka o życie jest śmiertelna, a bitwa o życie wieczne ociera się o coś gorszego niż śmierć. Dlatego tak trzeba uważać za jaki oręż się chwyta. Musi on być z właściwej zbrojowni, wieży, a nie z magazynów złomu duchowego. Człowiek każdy za wszelką cenę chce zwycięstwa nad swoimi przeciwnościami. To można jeszcze zrozumieć, ale nienormalne jest dla tego celu posłużyć się pomocą złych duchów. Na przykład jak to uczynił Litoriusz uciekając się do wróżenia z wnętrzności ptaków, przed bitwą z Teodorykiem I, królem Wizygotów w 439 r. pod Tuluzą. Przegrał, i to mając Hunów za wojowników, i mając właściwie wygraną bitwę. Przegrał bo uciekł się do niewłaściwej pomocy. Natomiast rzecz jak najbardziej właściwa jest uciec się do sił jakie udziela nam Bóg. Kiedy więc dowiaduję się, że niebagatelny wpływ na teologię amazońską będą miały sugestie księdza Karla Heinza Arenza, a także pomysły ojca Paulo Suessa, którzy nie widzą sprzeczności pomiędzy Ewangelią, a praktykami szamanów, to tylko patrzeć jak w Polsce odbędzie się synod, na który będą zaproszeni rodzimowiercy i postanowi się, by sakrament małżeństwa zastąpić swadźbą, a kapłaństwo zamienić na służbę żerców, zaś sanktuaria Maryjne zamienić na chramy bogini dziewanny.. Brakuje Jeremiasza. Ale widocznie nasz czas nie zasłużył nawet na kogoś takiego, kto by był wyklepywaczem sumień. Bóg mówił do Jeremiasza w rozdziale 6: Uczyniłem cię mocnym, ustanowiłem cię silnym pośród nich, poznasz i wypróbujesz ich drogę aby ich przetestować. W Biblii Hebrajskiej jest użyte tutaj słowo, które różnorako tłumaczą, bahon. Ono odnosi się do obronnej siły wieży, ale jak sprawdzić można w słowniku, ma również konotację testowania metalu przez kogoś znającego się dobrze na tym rzemiośle. Jeremiasz próbując Judejczyków zdemaskował dwie rzeczy. Po pierwsze, że Judejczycy są zepsuci duchowo, zbuntowani wobec Słowa Bożego, a najgorszym z buntowników jest ten kto jest chłopcem na posyłki wobec kamerdynerów nikczemności. Niewolnikiem zniewolonych. Wyobrażasz sobie? Nie być niewolnikiem, tylko niewolnikiem niewolnika.. Dlatego Bóg zwierza się Jeremiaszowi, iż najgorsi są ci, którzy są odstępcami, zbuntowanymi, postępującymi w posłuszeństwie za wędrującymi oszczercami wywołującymi skandale. W 28 wierszu jest o tym mowa. Ten oszczerca, rakhil to ktoś kto sieje kłamstwa o Bogu. Ale nie on jest najgorszy. Ten, który jemu wierzy i mu służy i z nim się próbuje jednać i szukać pokoju z nim. Jeśli tylko jeden Chrystus objawił Prawdę o Bogu, to wszystkie inne religie są oszczerstwami o Bogu. Nawet jeśli mówią o Bogu Jedynym. Dlatego ci, którzy uganiają się w Kościele za synkretyzmem są indyferentni i są gorsi niż sami bałwochwalcy. Są niewolnikami niewolników. Świetnie zdekonspirował takie zabiegi pozornych katolików, w swojej książce, katolicki pisarz John Cotter, w książce „Synkretyzm – religia Antychrysta”. Osobiście nie ośmielam się poprawiać tłumaczy Biblii, ale na własny użytek, w zupełnie amatorski, spróbowałem przetłumaczyć wiersz 28, 6 rozdziału Jeremiasza. Oto efekt: Wszyscy oni są ciężej zbaczającymi od zbaczających. Albo odstępcami ponad apostatów. Sare soreli. Chodzą jako oszczercy. Rakhil. Są jak miedź i żelazo. Wszyscy zgoła są skorumpowani. Szahad. Jeśli ktoś usprawiedliwia się powołując się na świadectwo oszczercy, to staje się jeszcze gorszy niż oszczerca, potęguje nikczemność oszczercy w sobie, do rozmiarów bycia oszczercą. Stąd w wierszu tym jest mowa o krnąbrnych oszczercach właśnie, o apostatach w stopniu najwyższym. Bowiem to hebrajskie Sor – apostata, tak właśnie to słowo ujawnia treść w Księdze Powtórzonego Prawa, w 17 rozdziale, w 17 wierszu. Nie będzie miał zbyt wiele żon, aby nie odwróciło się jego serce. Nie będzie gromadził wielkiej ilości srebra i złota. Odstępca to ten, którego serce się odwraca. Dlaczego jest tu mowa o wielu kobietach, wielu żonach? Nie da się ożenić z wieloma prawdami, jak z wieloma żonami. Choćby się było roztropnym jak Salomon. I oto takim zgromadzeniem oszczerców jest, myślę, Światowa Rada Kościołów powstała w 1948 r. z inicjatywy rodziny Rockefellerów. Feler w tym, że dąży ona do powstania nowej globalnej religii, zgodnie z wizją profesora Williama Ernesta Hockinga z Harvardu. Wymarzył sobie, że powinna powstać religia przyszłości, reprezentująca symbiozę wszystkich wyznań. Chrześcijaństwo zaś, wg Hockinga, to jakiś niedojrzały etap, w globalnym poszukiwaniu prawdy. Ma ono, co prawda, stanowić jakiś komponent religii przyszłości, ale samo w sobie jest porównywalnie niedoskonałe, jak każda inna religia. Hocking marzył o swoistym nowym testamencie, złożonym z zapisów każdej istniejącej religii, na ziemskim globie. Całe swoje „credo”, że tak powiem, opublikował w 1956 r. w książce zatytułowanej: „Nadejście świata cywilizacji”. Celem destylacji z każdej religii użytecznych elementów i połączenie w jeden system jest powstanie światowej cywilizacji, ze wspólną religią, która będzie efektem przetopienia wszystkich wyznań w jedną konfesję, jak pomieszanie wszystkich metali w jeden kruszec. Trochę to przypomina ekscesy szalonego alchemika przy alembiku, albo może „cud maltański”, kiedy arcybiskupowi Scicluna, odprawiającemu niedzielną mszę, w kielichu, zdarzyło się odkryć zamiast wina whisky. Hocking twierdził, że chrześcijaństwo powinno dostosować się do globalnych wartości i musi odrzucić elementy dzielące. Zadziwiające, ale jego teorie znalazły swoje bluźniercze podobieństwo w słynnej deklaracji z Abu Zabi, gdzie możemy przeczytać takie słowa: pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, ras i języków chcą chciane przez Boga, w Jego mądrości przez którą stworzył On rodzaj ludzki. To po takich słowach można przestać już klękać przed Najświętszym Sakramentem, choć nie tylko całować stopy aresztantek, albo panów w jarmułkach, a nawet po butach Sudańskich przywódców i nie pozwolić się pocałować w rękę z powodu obawy przed bakteriami. A gdzie pocałować osoby nieheteroseksualne? Jak widać wymysł starszego pana Hockinga, który zabawiał się w alchemika religii, krótko mówiąc jest infantylnym synkretyzmem. To pogląd utrzymujący, że nie ma jedynego Objawienia w historii, że istniej wiele różnych dróg do osiągnięcia boskiej rzeczywistości, że wszelkie sformułowania prawdy religijnej, lub doświadczenia religijnego są ze swej natury nieadekwatnymi wyrazami tej prawdy i że konieczne jest harmonizowanie, na ile to możliwe, wszystkich idei i doświadczeń religijnych, aby stworzyć jedną uniwersalną religię dla ludzkości. O co więc chodzi? O zmieszanie. Zmieszanie, zmieszanie, które było pasją alchemików, mieszających metale nieszlachetne, by wydobyć złoto lub srebro. Mieszać kłamstwa o Bogu i Prawdę Boga, by wydobyć aksjomat wygodny dla siebie. Celem alchemików była transmutacja ołowiu w złoto. I wszelkie modne ostatnio „trans”, to działanie alchemiczne, czy też demoniczne. Alchmeia. Greckie chmeia to po prostu stapianie. Stapianie metali. Mieszanie ich. I tak jest właśnie dziś. Mieszanie doktryny katolickiej z protestantyzmem i z islamem, nawet z szamanizmem, mieszanie płci, nacisk by od dziecka granice płci były zniesione, znoszenie granic państw, mieszanie kultur przez masową imigrację, mieszanie cudzołóstwa z małżeństwem, itd.. O co chodzi? Alchemiczna koncepcja świata umożliwia zatem rozszczepienie istoty poszczególnych rzeczy, a właściwie negowanie cech istotnych, w konsekwencji, mówiąc słowami Księgi Rodzaju, zaprzeczenie istnieniu rodzajów. Janine Chasseguet-Smirgel w swoim artykule o zboczeniach jako rytuałach diabła, przypominała, dawno temu, że już Freud w liście do Flisa, wskazywał diabła, belzebuba, cuchnącego pana much, ze swoim darem plugawienia kałem wszystkiego, w tym rzeczy wartościowych, że jest on zdolny wymazać porządek genitalny i zastąpić go światem analnym. Autorka wstrząsająco wskazała, że diabeł proponuje religijność analną. Dlaczego? Ponieważ analność jest niezróżnicowana. Mówiąc językiem miłym współczesnemu pokoleniu: świat odbytów i pośladków jest niezróżnicowany. Wszyscy od tyłu tak samo wyglądają. Natomiast świat genitalny jak najbardziej. Pierwszy jest wymuszany przez szatana. Drugi jest darem Boga. Księga Rodzaju w Dziele Stworzenia przedstawia dzieło Boga jako, rozłączanie, naznaczanie granic, różnicowania, by nadawać tożsamość, nazwę wszystkiemu co stworzone. Natomiast znoszenie granic płci, a także mieszanie prawd z kłamstwami to dzieło diabła. Jak czytanie Biblii na opak, albo mieszanie świętych słów z wulgaryzmami, albo znoszenie granic płci. W myśl tej pokusy szatańskiej np. proroctwo o stopie Niewiasty depczącej głowę węża, z Księgi Rodzaju 3;15, no moglibyśmy zobaczyć w nagraniu reportażu, gdy głowa Kościoła, papież rzuca się do stóp kobiety i ją całuje, nie bacząc oczywiście na zarazki. To jest odwrócenie. Kto tego chciał? Żeby zakpić z pierwotnego proroctwa o deptaniu głowy? Kto tu jest wężem? Szatanowi chodzi o przywrócenie pierwotnego zamętu. Kiedy świat był Tohu wa-bohu, jak to hebrajska Biblia nazwała. Chaos. Kiedy był bezładem i pustką, niezróżnicowaniem. Bóg zaś dąży do oddzielania, by stwarzać coraz doskonalsze jakości istnienia. Różnicuje. Stąd Księga Rodzaju. Zboczone rytuały i mieszanie liturgii z tym co bluźniercze, mieszanie w głowie nam wszystkim to dzieło szatana. Dodajmy jeszcze do tego manipulacje w genach i eksperymenty na ludziach. Psychoanalityczka Janine Chasseguet-Smirgel, zresztą freudystka, podaje jako przykład religii diabelskiej, cytat z opracowania Jean Claude Frere, który pisał, że już w X wieku, w Orleanie, tak, we Francji, odbywały się spotkania lucyferian, na których to spotkaniach dochodziło do orgii seksualnych, podczas których syn spółkował z matką, brat z siostrą, ojciec z córką, zwłaszcza jeśli była mniszką, która złożyła śluby zakonne. Wszystko się mieszało i było chaotyczne, anormalne, monstrualne, perwersyjne. Etymologicznie perwersja znaczy tyle co odwrócenie, albo zboczenie. Oto rewolucja, która nas ogarnia, a której elementy sprzeciwiają się Boskiemu porządkowi. Może funkcjonują dzięki milczeniu, tak jak w przypadkach wielu cover-up w Kościele Katolickim. Czy wiemy kiedy uwolniono Markiza de Sade zza krat Bastylii? To z pobytu w Bastylii pochodzi słynny okrzyk de Sade: „na pomoc, mordują więźniów Bastylii”, który sprowokował chaotyczny tłum, zebrany przed twierdzą do rozpoczęcia zamieszania, które trwa do dziś. Tak to data święconej do dziś rewolucji. 14 lipca 1789 rok. Wtedy to właśnie de Sade wydostał się z Bastylii. Już na chrzcie omyłkowo, zamieszano, nadano mu imię Alfons zamiast Aldons i tak wlokło się to nie bycie sobą za nim przez całe życie. Reklama i pornografia towarzyszą do grobu ludzkości jak najęte płaczki, pisał Agamben. Manipulacja ludzkim ciałem, które jest mieszane, transseksualizowane, cięte na narządy, którymi się handluje, kształtowane dla potrzeb marketingowych, fotografowane, modelowane, zniekształcane botoksem, medycyną plastyczną. Ciało, które się babra w odchodach, konsumuje jak hamburgery, byle by wszystko stało się wymieszaną nicością, niedającą się nazwać. Po co? By doprowadzić do zniknięcia tożsamości przed śmiercią. Ponieważ doprowadzić do zniknięcia tożsamości przed śmiercią, to uczynić kogoś niezdolnym do zmartwychwstania w szczęściu bycia sobą. To tak jakbyś nie wiedział pod jakim adresem mieszkasz i oczekiwał na paczkę z Królestwa Niebieskiego. Ona nie dojdzie, bo nie można zidentyfikować twojego miejsca zamieszkania. Podobnie nie można być dziedzicem zbawienia, kiedy się już nie jest osobą, począwszy od tożsamości płciowej, aż po tożsamość duchową. Pomyśl! Czy pasażer wejdzie na pokład samolotu mając nie swój paszport? Jeśli mężczyzna staje się kobietą, człowiek staje się zwierzęciem, to kim on jest? Nie jest sobą.